Ogólnie tworzę ten blog z myślą o stworzeniu dziennika snów. Tak dla własnej przyjemności, żeby zdobyć większą świadomość tego co mój mózg wyczynia kiedy śpię. Poza tym sny sterowane i te takie duperele mogą być ciekawe. Czasem mi się zdarzało kiedyś.
Śniło mi się, że mordowałam dzieci jajorodnej kobiety. Wiem że to dziwnie brzmi, ale sny nie zawsze muszą wyglądać logicznie. Mój chłopak się nawet skarżył, że przez sen mówiłam coś w stylu "nawet nie wiesz ile mam już na sumieniu". Rzeczywiście, śniło mi się że jako morderczyni miałam jakąś rozmowę tego typu, ale nie pamiętam z kim. Wiem tyle, że ciążyły mi popełnione morderstwa i te, które popełnić dopiero miałam.
Świat był zniszczony, opanowała go jakaś zaraza, wirus czy coś. Tak czy inaczej wyglądało to strasznie, chociaż nie był to koszmar. Domy i ulice były porozwalane, a ludzie zjadali się nawzajem, jeśli zostali zakażeni. Coś w rodzaju zombie, z tym że zakażeni nie gnili czy coś, tylko stawali się doszczętnie źli, jakby stawali się demonami, a ich oczy nie miały w ogóle białek, były całe czarne.
Poruszałam się po jakimś lesie z grupą znajomych, chyba ktoś nas ścigał bo uciekaliśmy. Zdecydowałam się na ucieczkę wśród koron drzew w jakimś zatrutym lesie. Ziemia była grząska i wszędzie w okół było bagno, ale drzewa miały gęste korony. Cały nieboskłon zasłaniały suche gałęzie. Skakałam po tych drzewach przytrzymując się spróchniałych gałęzi, które nie były w stanie przytrzymać ciężaru mojego ciała. Były martwe, łamały się niesamowicie łatwo suche i spróchniałe, spadałam obdrapując sobie ręce i dłonie, ale nie bolało.
Uciekaliśmy z miasta przez rzekę. Ja, mój chłopak i nasz kumpel. Rzeka była szeroka, porywista i pewnie głęboka. Wypełniała ją zielona wzburzona woda, która nie pachniała najlepiej. Nad rzekę przebiegała czerwona, zerdzewiała rura, która była dość wąska, jednak wyglądała na tyle wytrzymałą, abyśmy mogli po niej przejść. W stosunku do szerokości rzeki i tego jak mocno wiatr szarpał naszymi ubraniami wydawało mi się to niemożliwe. Powiedziałam swojemu chłopakowi, że nie dam rady, ale on tylko powiedział mi że mam iść za nim. Weszliśmy na coś w rodzaju pomostu jakim była obudowana rzeka. Składał się on ze spróchniałych starych desek i trzymał się tylko na słowo. Czasem zapadła mi się w nim noga.
Więcej snów z tej nocy nie potrafię sobie przypomnieć, ale chyba potrafię zinterpretować ostatni fragment snu. Otóż najprawdopodobniej nie czuję całkowitego zaufania do mojego chłopaka, a mimo tego braku pewności idę za nim. Nie zawsze rozumiem tego czego ode mnie oczekuje, ale mimo tych wątpliwości robię to czego chce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz