Dzisiaj nie pamiętam dokładnie całego snu, a jedynie jego końcówkę, na chwilę przed przebudzeniem. Więc śniło mi się, że znowu jestem gdzieś w czasach, kiedy uczęszczałam do gimnazjum, albo i już to było liceum. Zbierałam się do szkoły bardzo podniecona rozpoczęciem nauki czy coś takiego. W tym roku w tej szkole, mieli nauczać bardzo interesujący nauczyciele. których niestety nie pamiętam jak to bywa ze snami. Pamiętam jedynie, że czegoś miał nauczać jakiś Azjata.
Do szkoły zbierałam się będąc w domu na wsi. Gdzieś tam w kuchni siedziała moja babcia, razem z moją matką, a ja biegałam wściekła w tę i we wtę szukając swojego ekwipunku i myjąc zęby, sprawdzając co jakiś czas czy dobrze wyglądam. Co chwila pytałam się o coś matki wołając "Mamo! Gdzie są moje...?!". W ten sposób znalazłam swoje trampki, które były w kolorze białym. Normalnie nigdy takich nie miałam, ale we śnie wiedziałam, że były moje.
Przyjechał autobus, z którego wyskoczyło kilku yakuza, będących prawdopodobnie obstawą tego nauczyciela, który miał nas zawieźć na jakąś wycieczkę, wykład czy coś. Oczywiście mówiąc "nas", mam na myśli uczniów, nie mnie i moją rodzinę. Po prostu szczegóły snów jakoś się zacierają i nie jestem w stanie określić kiedy znalazłam się w tym towarzystwie i opuściłam swój dom. Wracając jednak do tematu, wszyscy z Yakuza mówili po angielsku. O dziwo w moim śnie pojawiła się znajoma z gimnazjum, za którą nie mogę powiedzieć, żebym przepadała, ale też kotów z nią nie darliśmy. Całkiem dobrze radziła sobie z angielskim w moim śnie, mimo że w realiach mogę być pewna, że nie zna ani jednego obcego języka, chyba że wyjechała do pracy za granicą, ponieważ wywodzi się z dość patologicznej rodziny, gdzie nauka nie jest czymś co przychodził łatwo i ma się na tyle liczne rodzeństwo, żeby zaludnić cały blok.
Kolejny Yakuza podszedł do mnie i mojego przyjaciela, z którym przyjaźnię się już od nie pamiętam kiedy, ale jesteśmy blisko aż do dziś. Również uczęszczaliśmy do tej samej klasy zarówno w podstawówce jak i gimnazjum. Yakuza, który do nas podszedł był całkiem przystojny na moje oko i prawdopodobnie wpadł mu w oko mój kumpel. Chociaż po tym jak się do niego przyczepił, można by było rozważać, czy przypadkiem nie szuka po prostu zaczepki, żeby mu przywalić. Mój kumpel nie wiedział co gość do niego mówi, więc patrzył na mnie pytająco, tyle co mogłam to przetłumaczyłam.
Weszliśmy do jakiegoś teatru, czy czegoś takiego. Siedzenia były rozmieszczone jak w sali kinowej, czy pomieszczeniu tego typu. Tam szybko zorientowałam się, że najlepsze miejsca, czyli te na tyle sali, są już zajęte przez inne grupy uczniów. Chyba rozdzieliliśmy się z kolegę, a może i nie. Wiem tyle, że jak przeszłam na drugi koniec sali, znalazłam kilka wolnych miejsc, ale nie usiadłam ze swoimi znajomymi, czując że raczej nie uwzględniali mnie przy wyborze miejsc i raczej nie odpowiadało im moje towarzystwo, a wolałam im nie psuć zabawy. Wybrał w końcu najbardziej wolne od towarzystwa miejsce, a brzegu rzędu. Przede mną siedziała aktorka, która grała Hermionę Granger w filmowej wersji Harrego Pottera. W tym śnie była najwyraźniej moją starą znajomą, bo rozmawiałyśmy chwilę, na temat jej krótkiej fryzury, którą miała w moim śnie. Była ścięta na chłopaka, a włosy z tyłu głowy miała tak krótko przystrzyżone, że widać było skórę. Jakaś nauczycielka siedząca przed nami odwróciła się do nas i syknęła z dezaprobatą uciszając nas. Więc dałam za wygraną i już nie zagadywałam dziewczyny.
Więcej z tego snu nie pamiętam. Ale był jak zwykle nawiedzony. Po przebudzeniu się miałam wrażenie, że pamiętam więcej z tego snu, niestety jak zwykle nie miałam za bardzo czasu ani chęci, żeby od razu po przebudzeniu odtworzyć sen w myśli.
Sny spisane
sobota, 31 sierpnia 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
30 sierpnia 2013
Śniło mi się, że zabiłam kogoś z mojej rodziny. Nie pamiętam już nawet kogo. Właściwie to pomogłam mu umrzeć szybciej. Najprawdopodobniej była to moja ciotka. Ponieważ pamiętam, że jej syn patrzył na mnie z dezaprobatą i jakby lekkim przestrachem, a ja wzruszyłam ramionami mówiąc "No co? I tak prędzej czy później by umarł/a".
Ogólnie nie pamiętam tego zbyt dokładnie, ale we śnie nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, a jedynie myśl że na prawdę pomogłam rodzinie uwolnić się od kogoś. Nie śnił mi się sam akt zabijania, a jedynie pewność, że to zrobiłam.
Ogólnie nie pamiętam tego zbyt dokładnie, ale we śnie nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, a jedynie myśl że na prawdę pomogłam rodzinie uwolnić się od kogoś. Nie śnił mi się sam akt zabijania, a jedynie pewność, że to zrobiłam.
czwartek, 29 sierpnia 2013
29 sierpnia 2013
Ogólnie tworzę ten blog z myślą o stworzeniu dziennika snów. Tak dla własnej przyjemności, żeby zdobyć większą świadomość tego co mój mózg wyczynia kiedy śpię. Poza tym sny sterowane i te takie duperele mogą być ciekawe. Czasem mi się zdarzało kiedyś.
Śniło mi się, że mordowałam dzieci jajorodnej kobiety. Wiem że to dziwnie brzmi, ale sny nie zawsze muszą wyglądać logicznie. Mój chłopak się nawet skarżył, że przez sen mówiłam coś w stylu "nawet nie wiesz ile mam już na sumieniu". Rzeczywiście, śniło mi się że jako morderczyni miałam jakąś rozmowę tego typu, ale nie pamiętam z kim. Wiem tyle, że ciążyły mi popełnione morderstwa i te, które popełnić dopiero miałam.
Świat był zniszczony, opanowała go jakaś zaraza, wirus czy coś. Tak czy inaczej wyglądało to strasznie, chociaż nie był to koszmar. Domy i ulice były porozwalane, a ludzie zjadali się nawzajem, jeśli zostali zakażeni. Coś w rodzaju zombie, z tym że zakażeni nie gnili czy coś, tylko stawali się doszczętnie źli, jakby stawali się demonami, a ich oczy nie miały w ogóle białek, były całe czarne.
Poruszałam się po jakimś lesie z grupą znajomych, chyba ktoś nas ścigał bo uciekaliśmy. Zdecydowałam się na ucieczkę wśród koron drzew w jakimś zatrutym lesie. Ziemia była grząska i wszędzie w okół było bagno, ale drzewa miały gęste korony. Cały nieboskłon zasłaniały suche gałęzie. Skakałam po tych drzewach przytrzymując się spróchniałych gałęzi, które nie były w stanie przytrzymać ciężaru mojego ciała. Były martwe, łamały się niesamowicie łatwo suche i spróchniałe, spadałam obdrapując sobie ręce i dłonie, ale nie bolało.
Uciekaliśmy z miasta przez rzekę. Ja, mój chłopak i nasz kumpel. Rzeka była szeroka, porywista i pewnie głęboka. Wypełniała ją zielona wzburzona woda, która nie pachniała najlepiej. Nad rzekę przebiegała czerwona, zerdzewiała rura, która była dość wąska, jednak wyglądała na tyle wytrzymałą, abyśmy mogli po niej przejść. W stosunku do szerokości rzeki i tego jak mocno wiatr szarpał naszymi ubraniami wydawało mi się to niemożliwe. Powiedziałam swojemu chłopakowi, że nie dam rady, ale on tylko powiedział mi że mam iść za nim. Weszliśmy na coś w rodzaju pomostu jakim była obudowana rzeka. Składał się on ze spróchniałych starych desek i trzymał się tylko na słowo. Czasem zapadła mi się w nim noga.
Więcej snów z tej nocy nie potrafię sobie przypomnieć, ale chyba potrafię zinterpretować ostatni fragment snu. Otóż najprawdopodobniej nie czuję całkowitego zaufania do mojego chłopaka, a mimo tego braku pewności idę za nim. Nie zawsze rozumiem tego czego ode mnie oczekuje, ale mimo tych wątpliwości robię to czego chce.
Śniło mi się, że mordowałam dzieci jajorodnej kobiety. Wiem że to dziwnie brzmi, ale sny nie zawsze muszą wyglądać logicznie. Mój chłopak się nawet skarżył, że przez sen mówiłam coś w stylu "nawet nie wiesz ile mam już na sumieniu". Rzeczywiście, śniło mi się że jako morderczyni miałam jakąś rozmowę tego typu, ale nie pamiętam z kim. Wiem tyle, że ciążyły mi popełnione morderstwa i te, które popełnić dopiero miałam.
Świat był zniszczony, opanowała go jakaś zaraza, wirus czy coś. Tak czy inaczej wyglądało to strasznie, chociaż nie był to koszmar. Domy i ulice były porozwalane, a ludzie zjadali się nawzajem, jeśli zostali zakażeni. Coś w rodzaju zombie, z tym że zakażeni nie gnili czy coś, tylko stawali się doszczętnie źli, jakby stawali się demonami, a ich oczy nie miały w ogóle białek, były całe czarne.
Poruszałam się po jakimś lesie z grupą znajomych, chyba ktoś nas ścigał bo uciekaliśmy. Zdecydowałam się na ucieczkę wśród koron drzew w jakimś zatrutym lesie. Ziemia była grząska i wszędzie w okół było bagno, ale drzewa miały gęste korony. Cały nieboskłon zasłaniały suche gałęzie. Skakałam po tych drzewach przytrzymując się spróchniałych gałęzi, które nie były w stanie przytrzymać ciężaru mojego ciała. Były martwe, łamały się niesamowicie łatwo suche i spróchniałe, spadałam obdrapując sobie ręce i dłonie, ale nie bolało.
Uciekaliśmy z miasta przez rzekę. Ja, mój chłopak i nasz kumpel. Rzeka była szeroka, porywista i pewnie głęboka. Wypełniała ją zielona wzburzona woda, która nie pachniała najlepiej. Nad rzekę przebiegała czerwona, zerdzewiała rura, która była dość wąska, jednak wyglądała na tyle wytrzymałą, abyśmy mogli po niej przejść. W stosunku do szerokości rzeki i tego jak mocno wiatr szarpał naszymi ubraniami wydawało mi się to niemożliwe. Powiedziałam swojemu chłopakowi, że nie dam rady, ale on tylko powiedział mi że mam iść za nim. Weszliśmy na coś w rodzaju pomostu jakim była obudowana rzeka. Składał się on ze spróchniałych starych desek i trzymał się tylko na słowo. Czasem zapadła mi się w nim noga.
Więcej snów z tej nocy nie potrafię sobie przypomnieć, ale chyba potrafię zinterpretować ostatni fragment snu. Otóż najprawdopodobniej nie czuję całkowitego zaufania do mojego chłopaka, a mimo tego braku pewności idę za nim. Nie zawsze rozumiem tego czego ode mnie oczekuje, ale mimo tych wątpliwości robię to czego chce.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)